U mnie tyle, że słońca ciut znikają, a niebo na północy osiedla robi się szare. Ludzie wychodzą na balkony i z automatu przyjmują przebijające się promienie życia. Ptaki latają jak opętane i szukają schronienia, nawet pies zwariował i chce, żebym wróciła do środka. Ale nagle robi się cisza i tylko słychać dźwięk przełykanej śliny. Zaczyna się.
Szybki prysznic. Zimna woda oblewa moje zabliźnione ciało. Dziś dzień spełniania celów. Marzeń, które przerodziły się w fakty. Nagroda, za wytrwałość, za walkę, za siłę. Mimo wszystkiego wciąż tu jestem, mimo wszystkiego wciąż idę dalej.
Przy każdej linii próbuję wczuć się w bicie igły. Przypomnieć sobie ból przeszłego roku, jaki jest nieporównywalny z tym małym tutaj. Jest bardzo przyjemnie. Zamykam oczy na chwilę i próbuję być tam. Odczuwam, przenoszę się w czasie. Wracam. Dziękuję.
Keep going.
https://www.youtube.com/watch?v=sZwmo_2DOz0
niedziela, 22 marca 2015
sobota, 7 marca 2015
Armagedon.
Stoję na przejściu dla pieszych. Strzela mnie kurwica, jak widzę tych wszystkich zjebów, którzy nie znają zasad ruchu dwustronnego. Nic tylko napierdalać i nie patrzeć. Przed siebie wprost na innych, obijać się o nich, ocierać o spocone ciała. Dotykać dłoni, które wsadzali sobie wcześniej w rożne dziwne miejsca. Tak, tak, Ty też to robisz.
Przechodzę na drugą stronę. Jak Matrix prześlizguje się między ludźmi. To taka gra. Nie dotknij - nie zostań dotknięty. Jestem po drugiej stronie, dobrze, że tramwaj nie wjechał mi w dupę.
Warszawa ma to do siebie, że nie potrafię przejść obojętnie obok czegokolwiek. Wszystko nadaje się do głębszego analizowania. Wszystko jest tutaj pierdoloną poezją. No i co do chuja autor miał na myśli?
Podbijam do gabinetu. Zajmuję jedno z wolnych miejsc na przeciw staruszki. Przez okno wpada majestatycznie zapach frytek z maca. Mimo wszystko burczy mi w brzuchu. Czuję stres. Jestem rozjebana na części pierwsze.
Starowinka przysiada się koło mnie. Co do chuja. Milion wolnych miejsc. Ona chce mnie dotknąć. Chcę się o mnie otrzeć, ale ja gram solidnie. Przesuwam się nieco w lewo. Siedzę jednym pośladkiem na krześle. Mam wrażenie, że zaraz wlezie mi na kolana. Ja pierdole.
O! Moja kolej, tak teraz ja? Nie. Jednak nie. Czekam.
Memłam w głowie wszystko, co mam przekazać Magdzie. Prawdę mówiąc nic już z tego nie rozumiem, próbuję przestać przeżuwać myśli. Cisza.
Wracam.
Pół drogi rozmyślam o tym, co mi powiedziałaś. Wspominam, że było całkiem fajnie. Dociera do mnie, co właśnie tracę. Że nie tylko Ty jesteś ważna. Składa się na to milion innych rzeczy, miejsc, uśmiechów. A teraz to wszystko się rozpierdala. Spala się autentycznie. To się dzieje naprawdę.
Nie mam łez. Nie płaczę. Odczuwam ból w sobie, ale niby nie wszystko stracone. Przecież jesteś. Przecież będziesz do końca. Tło zniknie. Zajebiste bohomazy rozpuszczą się w wywarze z finansowej ekspedycji. Bo przecież tu kurwa chodzi tylko i wyłącznie o papierki z ludzkimi chorobami wenerycznymi - przechodzącymi z rąk do rąk.
Uspokajam się żując gumę. Zasypiam myśląc, co teraz?
Przechodzę na drugą stronę. Jak Matrix prześlizguje się między ludźmi. To taka gra. Nie dotknij - nie zostań dotknięty. Jestem po drugiej stronie, dobrze, że tramwaj nie wjechał mi w dupę.
Warszawa ma to do siebie, że nie potrafię przejść obojętnie obok czegokolwiek. Wszystko nadaje się do głębszego analizowania. Wszystko jest tutaj pierdoloną poezją. No i co do chuja autor miał na myśli?
Podbijam do gabinetu. Zajmuję jedno z wolnych miejsc na przeciw staruszki. Przez okno wpada majestatycznie zapach frytek z maca. Mimo wszystko burczy mi w brzuchu. Czuję stres. Jestem rozjebana na części pierwsze.
Starowinka przysiada się koło mnie. Co do chuja. Milion wolnych miejsc. Ona chce mnie dotknąć. Chcę się o mnie otrzeć, ale ja gram solidnie. Przesuwam się nieco w lewo. Siedzę jednym pośladkiem na krześle. Mam wrażenie, że zaraz wlezie mi na kolana. Ja pierdole.
O! Moja kolej, tak teraz ja? Nie. Jednak nie. Czekam.
Memłam w głowie wszystko, co mam przekazać Magdzie. Prawdę mówiąc nic już z tego nie rozumiem, próbuję przestać przeżuwać myśli. Cisza.
Wracam.
Pół drogi rozmyślam o tym, co mi powiedziałaś. Wspominam, że było całkiem fajnie. Dociera do mnie, co właśnie tracę. Że nie tylko Ty jesteś ważna. Składa się na to milion innych rzeczy, miejsc, uśmiechów. A teraz to wszystko się rozpierdala. Spala się autentycznie. To się dzieje naprawdę.
Nie mam łez. Nie płaczę. Odczuwam ból w sobie, ale niby nie wszystko stracone. Przecież jesteś. Przecież będziesz do końca. Tło zniknie. Zajebiste bohomazy rozpuszczą się w wywarze z finansowej ekspedycji. Bo przecież tu kurwa chodzi tylko i wyłącznie o papierki z ludzkimi chorobami wenerycznymi - przechodzącymi z rąk do rąk.
Uspokajam się żując gumę. Zasypiam myśląc, co teraz?
sobota, 28 lutego 2015
Serce - pompa.
O północy powiedziano mi, że wszystko zajął ogień. Że wszystko płonie kawałek po kawałku, że posuwa się w górę od fundamentów. Płonie dosłownie wszystko. Straż jest już na miejscu. Pracują już od kilku lat. Gaszą większe ogniska. Co z tego jak małe rozprzestrzeniają się momentalnie. Są wycieńczeni, są brudni i niedożywieni. Zmieniają się co kilka miesięcy. Ogień staje się odporny na wodę. O dziwo nic w koło nie płonie. Pożar nie przenosi się na inne działki.
Zaczęłam się ubierać i dzwonić po przyjaciół, żeby zawieźli mnie na miejsce. Wszyscy spali. To zrozumiałe. Próbowałam złapać stopa, ale bez sensu. Nikt nie jeździł na tej trasie już od dawna. Widziałam z daleka kłęby dymu. Zaczęłam biec.
Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Dobiegłam. Minęłam strażaków i stanęłam w środku. Wreszcie dotarłam do wnętrza siebie. Płonęły twarze i historie poukładane na półkach. Paliła się podłoga i dach. Ogień skakał jak oszalały.
Zbiegłam do piwnicy, żeby upewnić się czy aby na pewno nikt nie został w środku. Nikt żywy.
Na środku pustej przestrzeni wisiał kawał mięsa. Wyglądał dobrze. Wydawał się poruszać w jakimś rytmie. Odpychał dwutlenek węgla. Pompował cały ten ogień. Żył.
Wiedziałam, że nie da ugasić się tego pożaru, więc pozwoliłam strażakom odjechać do domów. Do swych tlących się przestrzeni. Ponieważ każdy z domów jakie mijam co dzień na ulicy - tli się lekkim dymem. Mieszkańcy duszą się w nich. Umierają.
Moje serce płonie.
Zaczęłam się ubierać i dzwonić po przyjaciół, żeby zawieźli mnie na miejsce. Wszyscy spali. To zrozumiałe. Próbowałam złapać stopa, ale bez sensu. Nikt nie jeździł na tej trasie już od dawna. Widziałam z daleka kłęby dymu. Zaczęłam biec.
Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Dobiegłam. Minęłam strażaków i stanęłam w środku. Wreszcie dotarłam do wnętrza siebie. Płonęły twarze i historie poukładane na półkach. Paliła się podłoga i dach. Ogień skakał jak oszalały.
Zbiegłam do piwnicy, żeby upewnić się czy aby na pewno nikt nie został w środku. Nikt żywy.
Na środku pustej przestrzeni wisiał kawał mięsa. Wyglądał dobrze. Wydawał się poruszać w jakimś rytmie. Odpychał dwutlenek węgla. Pompował cały ten ogień. Żył.
Wiedziałam, że nie da ugasić się tego pożaru, więc pozwoliłam strażakom odjechać do domów. Do swych tlących się przestrzeni. Ponieważ każdy z domów jakie mijam co dzień na ulicy - tli się lekkim dymem. Mieszkańcy duszą się w nich. Umierają.
Moje serce płonie.
środa, 18 lutego 2015
Kat.
Czekamy na znak. Na coś, co dam nam pewność. Wierzymy w to, że pojawi się wyczekiwany, że odbuduje nasz świat.
Czekamy na cud. Przecież cuda się zdarzają. Serca ponownie zaczynają bić, nowotwory znikają.
Jesteśmy mściwi, aż poza granice rozsądku. Jesteśmy impulsywni. Źli. Mimo wszystko żałujemy, ale chcemy uczucia sytości, chcemy doświadczyć chwili, gdy nasz kat położy głowę na gilotynie.
Jesteśmy chorzy na umyśle. Trzymamy w głowie swój burdel, który jest nieludzki, bestialski. Zakopujemy się sami w swoim śnie. Pomijamy w budowie ważne części fundamentu. Stoimy na chwiejnej podstawie.
Tracimy ludzi z własnej głupoty. Popełniamy miliony błędów i ranimy świadomie. Jesteśmy potworami swojego życia. Samolubami egzystencji.
Dumni i jednocześnie pokonani idziemy wciąż przed siebie. Chwiejnym krokiem o czwartej nad ranem przemierzamy ulice miasta. Wylewamy łzy do pustej przestrzeni. To dziwne, że nie spotykamy siebie wzajemnie. To dziwne, że mijamy się cały czas.
Potrafimy zepsuć siebie do szpiku kości. Zabić się.
Jesteśmy swoimi Bogami, diabłami, Aniołami i zmorami.
Jestem przywiązana do łańcuchów zwisających z nieba ruin. Nogi mam przybite do sufitu piekła. Wypluwam z siebie resztki żołądka. Nadchodzi on. Mój kat.
Czekamy na cud. Przecież cuda się zdarzają. Serca ponownie zaczynają bić, nowotwory znikają.
Jesteśmy mściwi, aż poza granice rozsądku. Jesteśmy impulsywni. Źli. Mimo wszystko żałujemy, ale chcemy uczucia sytości, chcemy doświadczyć chwili, gdy nasz kat położy głowę na gilotynie.
Jesteśmy chorzy na umyśle. Trzymamy w głowie swój burdel, który jest nieludzki, bestialski. Zakopujemy się sami w swoim śnie. Pomijamy w budowie ważne części fundamentu. Stoimy na chwiejnej podstawie.
Tracimy ludzi z własnej głupoty. Popełniamy miliony błędów i ranimy świadomie. Jesteśmy potworami swojego życia. Samolubami egzystencji.
Dumni i jednocześnie pokonani idziemy wciąż przed siebie. Chwiejnym krokiem o czwartej nad ranem przemierzamy ulice miasta. Wylewamy łzy do pustej przestrzeni. To dziwne, że nie spotykamy siebie wzajemnie. To dziwne, że mijamy się cały czas.
Potrafimy zepsuć siebie do szpiku kości. Zabić się.
Jesteśmy swoimi Bogami, diabłami, Aniołami i zmorami.
Jestem przywiązana do łańcuchów zwisających z nieba ruin. Nogi mam przybite do sufitu piekła. Wypluwam z siebie resztki żołądka. Nadchodzi on. Mój kat.
czwartek, 5 lutego 2015
Oddycham.
Mam wokół siebie wspaniałych ludzi. Jestem szczęściarą, że mam takich przyjaciół, że są ze mną na dobre i na złe. Jestem ciotką najwspanialszej istoty pod słońcem. Kocham.
Wędruję i poznaję wciąż na nowo. Przeżywam wciąż niesamowitości. Jestem w centrum świata. Mam swoje ogromne centrum uczuć ponadludzkich. Żyję.
Idę do przodu, choć często zatrzymuje się, żeby zrobić zdjęcie. Żeby zapamiętać moment.
Zwiedzam świat w poszukiwaniu siebie.
Sypiam spokojnie.
Kocham. https://www.youtube.com/watch?v=VZRVou4cyic
Wędruję i poznaję wciąż na nowo. Przeżywam wciąż niesamowitości. Jestem w centrum świata. Mam swoje ogromne centrum uczuć ponadludzkich. Żyję.
Idę do przodu, choć często zatrzymuje się, żeby zrobić zdjęcie. Żeby zapamiętać moment.
Zwiedzam świat w poszukiwaniu siebie.
Sypiam spokojnie.
Kocham. https://www.youtube.com/watch?v=VZRVou4cyic
sobota, 31 stycznia 2015
Ona.
Jest wspaniała. Jedyna w swoim rodzaju. Zakochuję się w Niej na nowo za każdym razem. Za każdym razem uśmiecham się jakbym oszalała. Oszalałam na Jej punkcie. Za każdym razem szaleje na Jej punkcie. Za każdym razem czuję się wspaniale. Czuję się cudownie, gdy stoi przede mną. Jestem nasiąknięta emocjami. Widzę obrazy, urywki zdarzeń. Widzę Ją w całej okazałości. Jest Aniołem. Moim dobrym humorem. Promienieje cudem świata. Dzięki Niej odczuwam, czuję, przeżywam. Moja wyobraźnia szarżuje na pełnych obrotach. Jestem zakochana. Najszczęśliwsza na świecie. Zapadam się we wspomnieniach. Czuję Jej zapach. Widzę Jej uśmiech. Pamiętam dotyk. Odpływam.
Dziękuję.
M <3
wtorek, 27 stycznia 2015
Narkoman wspomnień.
Coraz częściej przekonuje się o kruchości chwili. Nie ważne jak bardzo nie podoba nam się życie. Chwile zawsze będą piękne, chwile zawsze będą cudem świata. Niematerialne cuda naszej planety. Piękne wspomnienia, piękne emocje.
I gdy ktoś mnie pyta dlaczego robię te wszystkie rzeczy - odpowiadam, że nie chcę przepuścić żadnej z tych chwil, choćby miała okazać się w skutkach bolesna. Chcę tego. Chcę spróbować wszystkiego, dotknąć i poczuć czym tak naprawdę jest życie.
Mimo wszystkich złych myśli, decyzji, mimo wylanych łez, bólu i lęku, tkwię w tym tylko dla nowych emocji, tkwię, bo jestem uzależniona od uczuć. Jestem narkomanem wspomnień.
Śnię po nocach o różnych niedorzecznościach. Budzę się zdezorientowana. Mam mieszane uczucia. Mam fatalne dni. Zamykam oczy i wiszę w powietrzu, nieruchoma.
Wypieram uczucia z głowy. Już nie kocham. Nie chcę kochać. Nie widzę uczuć. Są tylko doraźnie. Bez uczuć bym nie istniała. Więc garść z nich jeszcze prowadzę za rękę, ale to tylko tak na pokaz, żeby ludzie sobie nie pomyśleli jakiś bzdur.
Nie piszę w zeszycie. Za każdym razem gdy trzymam długopis w dłoni - nie potrafię wyskrobać nawet pustego 'dzień dobry polsko'. Jestem zmęczona, ale tylko trochę. Podpalam kartki z przeszłości. Stają się popiołem. Wstydzę się tego, co czułam. To obrzydliwość.
Boję się, że przyziemność ludzka sprowadza mnie do trzeźwości. Zabiera mi mój byt. Mnie.
Ludzie wciąż wybierają między złem i złem. Ludzie skazują siebie na podłe decyzje. Mówią, że nie ma innego wyjścia, że są ograniczeni. Pierdoleni masochiści.
Odkładam wszystko na plan dwudziesty trzeci. Pakuje słuchawki do plecaka i uciekam stąd. Mówiłam, że to szybko nadejdzie, że to już za chwilę.
Dziś jestem szczęśliwa. Dziś jestem pełna sprzeczności.
I gdy ktoś mnie pyta dlaczego robię te wszystkie rzeczy - odpowiadam, że nie chcę przepuścić żadnej z tych chwil, choćby miała okazać się w skutkach bolesna. Chcę tego. Chcę spróbować wszystkiego, dotknąć i poczuć czym tak naprawdę jest życie.
Mimo wszystkich złych myśli, decyzji, mimo wylanych łez, bólu i lęku, tkwię w tym tylko dla nowych emocji, tkwię, bo jestem uzależniona od uczuć. Jestem narkomanem wspomnień.
Wypieram uczucia z głowy. Już nie kocham. Nie chcę kochać. Nie widzę uczuć. Są tylko doraźnie. Bez uczuć bym nie istniała. Więc garść z nich jeszcze prowadzę za rękę, ale to tylko tak na pokaz, żeby ludzie sobie nie pomyśleli jakiś bzdur.
Nie piszę w zeszycie. Za każdym razem gdy trzymam długopis w dłoni - nie potrafię wyskrobać nawet pustego 'dzień dobry polsko'. Jestem zmęczona, ale tylko trochę. Podpalam kartki z przeszłości. Stają się popiołem. Wstydzę się tego, co czułam. To obrzydliwość.
Boję się, że przyziemność ludzka sprowadza mnie do trzeźwości. Zabiera mi mój byt. Mnie.
Ludzie wciąż wybierają między złem i złem. Ludzie skazują siebie na podłe decyzje. Mówią, że nie ma innego wyjścia, że są ograniczeni. Pierdoleni masochiści.
Odkładam wszystko na plan dwudziesty trzeci. Pakuje słuchawki do plecaka i uciekam stąd. Mówiłam, że to szybko nadejdzie, że to już za chwilę.
Dziś jestem szczęśliwa. Dziś jestem pełna sprzeczności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















