Krucha tafla lodu na jeziorze. Niby warstwa ma kilka centymetrów, ale ułamuje kawałek ręką. Jest jak lustro. Widzę swoją twarz bardzo dokładnie. Jestem już po drugiej stronie.
Siedzimy sobie spokojnie w gabinecie i tu taki szok. Kilka niezmiernie dołujących wersji, a wychodzę z bananem na ryju jak upośledzona, co najmniej.
Staję się pająkiem i szukam odpowiedniego miejsca do zapuszczenia pajęczyny z dala od innych skurwiałych robali. Zapada mrok i się zaczynam bać. Jakieś lęki i ciarki na karku. Budzi mnie deszcz.
Leje niesamowicie. Ktoś nakurwia młotkiem. Jest wpół do drugiej. Wypieram z głowy złe emocje. Widzę ludzi, których nie ma. Rozmawiam ze sobą. Jestem pojebana.
Stoję w próżni szpitalnego korytarza i się zastanawiam gdzie to wszystko się zaczęło, bo ciężko mi sobie cokolwiek przypomnieć. Krzyczę, śmieje się, płaczę, znów się śmieję. Na zmianę próbuję nie oszaleć. Nie wiem jak mogłam się tak oszukiwać przez ostatni chwile, przecież już dawno zbzikowałam. Siadam na krześle na przeciwko gabinetu i czekam. Już wszystko wiem.
Czas się zbierać, pakować i składać wszystko do kupy. Czas wyjeżdżać. Czas się podnieść i iść dalej. Czas na kłamstwa i omijanie prawdy. Czas się izolować, żeby nikt nie popadł w rozpacz, żeby nikogo nie ciągnąć za sobą.
Czas to przyjąć do siebie jak człowiek solidny, wbity do fundamentu, nierozwiany, nie zdolny do złamania. Czas stać się wspomnianą górą.
Czas wracać do Warszawy.
wtorek, 24 czerwca 2014
czwartek, 19 czerwca 2014
Do wtorku.
Odpłynęłam nieziemsko wsłuchana w chilloutową składankę z youtuba. Orgazm wewnętrzny. Nie myślałam o niczym i niczego nie chciałam. Leżałam jak kłoda i nie miałam zamiaru ruszyć nawet kolanem. Nikt nie dzwonił, nikt nie pisał, wszyscy się odjebali.
Po wszystkim ubrałam się i poszłam do sklepu po paczkę chipsów. Razem z Harrym, Hermioną i Ronaldem zjedliśmy całe opakowanie i szukaliśmy bazyliszka w komnacie tajemnic.
Księżyc tak nieziemsko nakurwiał w oczy, że musiałam chwile popatrzeć.
Opowiadała mi, że świat się skroplił i rozpłyną w różne strony rozpaczy. Jak ma to teraz pozbierać do kupy, skoro woda ma różne stany skupienia - spytała. Zaczęłam się zastanawiać i polemizować z odbiciem czy w ogóle w jakikolwiek sposób da się pozbierać coś, co miało miejsce wczoraj i wryte jest cyrklem w przeszłość. Powiedziałam jej, że skoro żyją w kilku stanach skupienia, to zapewne wrócą do niej z deszczem lub śniegiem spadającym na jej delikatne policzki, bądź osadzą się mgłą na zmarszczonym czole. Wrócą, kiedy uznają, że czas na zmianę. Popłyną raz jeszcze, ale tylko i wyłącznie w oparach szczęścia.
Nie wiedziała, o czym mówię. Była przekonana, że jestem nieprawdziwa. Powtórzyłam po raz drugi to samo. Wstała i wyszła.
Mówili, że rdzeń szczytu jest głębią, co sprowadza do refleksji, że zamiast wspinać się po najwyższych szczytach i zdobywać swoje cele, pragnienia, ułomności, muszę stać się górą solidnie wbitą do fundamentu ziemi, a nawet przenikać poniżej go i tworzyć przetoki do jądra naszej planety. Stać się częścią wszechświata, a nie tylko w nim obcować. Deptać jego sfery materialne i być przez chwilę, a nie na zawsze. Muszę stać się kręgosłupem zwycięstwa, żeby utrzymywać je w pionie.
Wiadomo, że trzeba zrezygnować z wielu przenikliwych rzeczy. Stworzyć świat dla odrębnej części mojej głowy i nie wpuszczać tu nikogo po za nimi.
Reszta uważa, że to strata czasu, zdrowia i siebie. Nie tracę siebie ani trochę, skoro nie odkryłam swojego jestestwa prawie w ogóle. Zrobię to po swojemu i będę powoli rozbudowywać bez fałszywych obietnic, złudzeń i przyrzeczeń.
Oby do wtorku.
Po wszystkim ubrałam się i poszłam do sklepu po paczkę chipsów. Razem z Harrym, Hermioną i Ronaldem zjedliśmy całe opakowanie i szukaliśmy bazyliszka w komnacie tajemnic.
Księżyc tak nieziemsko nakurwiał w oczy, że musiałam chwile popatrzeć.
Opowiadała mi, że świat się skroplił i rozpłyną w różne strony rozpaczy. Jak ma to teraz pozbierać do kupy, skoro woda ma różne stany skupienia - spytała. Zaczęłam się zastanawiać i polemizować z odbiciem czy w ogóle w jakikolwiek sposób da się pozbierać coś, co miało miejsce wczoraj i wryte jest cyrklem w przeszłość. Powiedziałam jej, że skoro żyją w kilku stanach skupienia, to zapewne wrócą do niej z deszczem lub śniegiem spadającym na jej delikatne policzki, bądź osadzą się mgłą na zmarszczonym czole. Wrócą, kiedy uznają, że czas na zmianę. Popłyną raz jeszcze, ale tylko i wyłącznie w oparach szczęścia.
Nie wiedziała, o czym mówię. Była przekonana, że jestem nieprawdziwa. Powtórzyłam po raz drugi to samo. Wstała i wyszła.
Mówili, że rdzeń szczytu jest głębią, co sprowadza do refleksji, że zamiast wspinać się po najwyższych szczytach i zdobywać swoje cele, pragnienia, ułomności, muszę stać się górą solidnie wbitą do fundamentu ziemi, a nawet przenikać poniżej go i tworzyć przetoki do jądra naszej planety. Stać się częścią wszechświata, a nie tylko w nim obcować. Deptać jego sfery materialne i być przez chwilę, a nie na zawsze. Muszę stać się kręgosłupem zwycięstwa, żeby utrzymywać je w pionie.
Wiadomo, że trzeba zrezygnować z wielu przenikliwych rzeczy. Stworzyć świat dla odrębnej części mojej głowy i nie wpuszczać tu nikogo po za nimi.
Reszta uważa, że to strata czasu, zdrowia i siebie. Nie tracę siebie ani trochę, skoro nie odkryłam swojego jestestwa prawie w ogóle. Zrobię to po swojemu i będę powoli rozbudowywać bez fałszywych obietnic, złudzeń i przyrzeczeń.
Oby do wtorku.
czwartek, 12 czerwca 2014
Było sobie życie.
Chciałabym stworzyć coś, co pomoże ludziom w stanie nieważkości życia. Kiedy budzisz się w nocy i masz ochotę wyć, kopać w ścianę i drapać ręce. Kiedy wracasz do domu przez miasto i masz ochotę krzyczeć i kląć wszystko, co się rusza. Gdy wszystko w środku panikuje na raz i aż przydusza Cię do ziemi. Połykasz swoje łzy i myślisz, że nie dasz już sobie rady. Że wszystko chuj strzelił i przyszłość jest zbyt niepewna i przerażająca, więc masz ochotę zasnąć i nie budzić się nigdy więcej.
Totalnie rozkurwiam klawiaturę i znów do cholery nie wiem, co się ze mną dzieje.
Przestawiłam łóżko pod okno, żeby móc znów wypatrywać anioły. Muszę z nimi p0orozmawiać, bo lecą w chuja. Tak dosłownie lecą rozbijając się o jajka. Trampolina kurwa z fiuta z anielskim deszczem na koniec.
Krzyczałam tym razem, żeby ktoś mnie uratował. Leżałam na łóżku patrząc w sufit i wyłam cała w środku. Noc jest podła.
Wydaje mi się, że nie dam już rady.
To się składa z wielu rzeczy i nie myślcie, że to choroba całkowicie mnie rozpieprza od środka. Nie. Ona jest raczej w tle i trochę tam burzy to i owo, ale właściwie z nią czy bez niej? Tak to widzę, tak pojmuje, nie jest to nic nadzwyczajnie specjalnego. Tu się nie ma, co obawiać. Ludzie przecież codziennie stają przed gorszymi dylematami niż ja i jakoś egzystują.
Jeszcze nie straciłam nic materialnego, nic nie zyskałam - ale czy to nie o to chodzi? Żeby jak tracić to tylko emocjonalnie, a jak zyskiwać to duchowo?
Otwieram jakąś książkę i nie mogę się skupić na tych cholernych zdaniach. Wszystko jest pisane jakimś alfabetem z dupy wziętym i tak bardzo nieistotnym w tym świecie, że żal w ogóle zaczynać, a co dopiero kończyć. Książki tracą na wartości, bo i wszystko o bzykaniu i fetyszach w pokoju zabaw. Porno na papierze, ale już redtube to nie wypada, a to przecież jedno i to samo.
Może ze mnie nijaka artystka i poetka za 2 złote, ale przecież nie zmuszam Cię do bycia tu i obcowania z moją krytyką, która bierze się z hormonowej wixy.
Zabiłam dziś pająka. Jak będzie padać to przeze mnie. Sory gregory.
Totalnie rozkurwiam klawiaturę i znów do cholery nie wiem, co się ze mną dzieje.
Przestawiłam łóżko pod okno, żeby móc znów wypatrywać anioły. Muszę z nimi p0orozmawiać, bo lecą w chuja. Tak dosłownie lecą rozbijając się o jajka. Trampolina kurwa z fiuta z anielskim deszczem na koniec.
Krzyczałam tym razem, żeby ktoś mnie uratował. Leżałam na łóżku patrząc w sufit i wyłam cała w środku. Noc jest podła.
Wydaje mi się, że nie dam już rady.
To się składa z wielu rzeczy i nie myślcie, że to choroba całkowicie mnie rozpieprza od środka. Nie. Ona jest raczej w tle i trochę tam burzy to i owo, ale właściwie z nią czy bez niej? Tak to widzę, tak pojmuje, nie jest to nic nadzwyczajnie specjalnego. Tu się nie ma, co obawiać. Ludzie przecież codziennie stają przed gorszymi dylematami niż ja i jakoś egzystują.
Jeszcze nie straciłam nic materialnego, nic nie zyskałam - ale czy to nie o to chodzi? Żeby jak tracić to tylko emocjonalnie, a jak zyskiwać to duchowo?
Otwieram jakąś książkę i nie mogę się skupić na tych cholernych zdaniach. Wszystko jest pisane jakimś alfabetem z dupy wziętym i tak bardzo nieistotnym w tym świecie, że żal w ogóle zaczynać, a co dopiero kończyć. Książki tracą na wartości, bo i wszystko o bzykaniu i fetyszach w pokoju zabaw. Porno na papierze, ale już redtube to nie wypada, a to przecież jedno i to samo.
Może ze mnie nijaka artystka i poetka za 2 złote, ale przecież nie zmuszam Cię do bycia tu i obcowania z moją krytyką, która bierze się z hormonowej wixy.
Zabiłam dziś pająka. Jak będzie padać to przeze mnie. Sory gregory.
niedziela, 8 czerwca 2014
Dzień 11/14
Świat dziś płakał. Zmywał ze mnie to wszystko, co zostało na policzkach. I postanowiłam się znów wyłączyć z życia na kilka chwil. Zamarznąć tym razem nie odmarzając już nigdy. Teraz to się wydaje całkiem proste.
Odchodzę od niektórych ludzi, toksyczności ich dłoni i obietnic. Myślę, że to wszystko, co mogę im powiedzieć na koniec - początek nowego. Postanowienie jest takie, żeby się zmienić nie do poznania i zapomnieć zwyczajnie o patologii zdarzeń minionego roku, bądź minionych lat pięciu.
Jak to się skończy, to tylko wiem ja. Podejrzewam albo intuicja mi podpowiada. Rąbek tej tajemnicy niech pozostanie ze mną. Akysz złe demony.
Nie mam siły krzyczeć, tłumaczyć, udowadniać, kłócić się o coś, co nie ma znaczenia. Chciałabym tylko usiąść i w ciszy spoglądać jak sie uśmiechasz wiesz?
A wydaje mi się, że to już ostatnia krzywa i paradoksalnie walcząc - nie walczę już wcale. Śmieję się histerycznie patrząc w lustro i co ze mnie za człowiek? Obiecywałam im wszystkim, że podołam, a sobie wmówić nie potrafię.
Omijam ludzi i mi wstyd, że się zapadam razem z kolosami błędów. Ukrywam się tutaj. Chyba niezrozumiałe są słowa, którymi pluje w Twój monitor, ale nieważne jak to nazywać będziesz. Nie pytaj mnie, co będzie dalej, pozwól mi się zamknąć... pozwól mi rozpłynąć się w świetle nocy.
Odchodzę od niektórych ludzi, toksyczności ich dłoni i obietnic. Myślę, że to wszystko, co mogę im powiedzieć na koniec - początek nowego. Postanowienie jest takie, żeby się zmienić nie do poznania i zapomnieć zwyczajnie o patologii zdarzeń minionego roku, bądź minionych lat pięciu.
Jak to się skończy, to tylko wiem ja. Podejrzewam albo intuicja mi podpowiada. Rąbek tej tajemnicy niech pozostanie ze mną. Akysz złe demony.
Nie mam siły krzyczeć, tłumaczyć, udowadniać, kłócić się o coś, co nie ma znaczenia. Chciałabym tylko usiąść i w ciszy spoglądać jak sie uśmiechasz wiesz?
A wydaje mi się, że to już ostatnia krzywa i paradoksalnie walcząc - nie walczę już wcale. Śmieję się histerycznie patrząc w lustro i co ze mnie za człowiek? Obiecywałam im wszystkim, że podołam, a sobie wmówić nie potrafię.
Omijam ludzi i mi wstyd, że się zapadam razem z kolosami błędów. Ukrywam się tutaj. Chyba niezrozumiałe są słowa, którymi pluje w Twój monitor, ale nieważne jak to nazywać będziesz. Nie pytaj mnie, co będzie dalej, pozwól mi się zamknąć... pozwól mi rozpłynąć się w świetle nocy.
niedziela, 1 czerwca 2014
Noc.
To boli, ale ktoś w końcu musi to powiedzieć. Świat się nie składa z dobrych i wspaniałych rzeczy. Nie znaczy to jednak, że one nie współegzystują gdzieś tam między wierszami, słowami, szeptami, których próbujemy się wyzbyć. Biegniesz jak oszalały w stronę pustą, bo przesyconą złem i z góry założonym celem. Twój cel to porażka. Wierzysz w nią. Żyjesz nią. W końcu stajesz się nią. Jesteś jedną wielka chodzącą porażką i zrzucasz winę na innych. Nikt nie jest winny Twego stanu. Sam sobie kurwa posłałeś to się kurwa dziw teraz, że bez materaca i poduszki. Chuj z tego, że jest ciepło, jak cholernie twardo. Boleśnie. Uwierająco. Teraz zrób coś dla świata, dla siebie. Idź i znajdź ten kurewski materac i poduszkę i już więcej nie płacz. Nie upadaj na twardą posadzkę. Ból zostanie razem z siniakami, ale i one kiedyś znikną. Blizny nabiorą nowego znaczenia. Nie będą szpetne. Będą Twoją historią wyrytą na właściwym miejscu. Jak płyta winylowa, będziesz grał melodie swego życia. Twój bunt jest słuszny. Próba podbicia świata także. Pierwsza zasadnicza sprawa. Podnieś się z tych kolan, bo i one z czasem tracą wytrzymałość. Hartuj się. Jeśli ktoś Ci powie, że na Twoim miejscu dawno by się zabił - nie po to walczysz, by słyszeć takie rzeczy. Nie po to tkwisz w tym, by ktoś mógł w Ciebie zwątpić. Walczysz. I choć wbijając w nadgarstki paznokcie, nocą popadasz w stan psychozy, to każdy ranek staję się lżejszy, bo to, co wydawało się nie do przejścia wczoraj - dziś jest tylko formalnością.
piątek, 30 maja 2014
Gizycko dzień 2/14
Ludzie nas rozczarowują, bawią się w coś. Zamiast po ludzku zrezygnować i odejść, dają jakąś śmieszną nadzieję, na dalsze egzystowanie 'NAS' w rzeczywistości. W gruncie rzeczy już dawno nie egzystujemy, jako 'MY' i mamy ze sobą tyle wspólnego, co woda z ogniem. Ani przepraszam, ani pocałuj mnie w dupę. Niechże, zatem spierdalają na bambus banany prostować. Kataklizm wewnętrzny jest do ogarnięcia. Trzeba wziąć głęboki wdech by się nie porzygać i dumnie kroczyć dalej w marzenia.
A no właśnie. Marzenia. Ludzie także nas zaskakują, dają nam szanse na siebie. Szansę na coś, co wydawałoby się być całkiem daleko, a czasem nawet niewidoczne na horyzoncie złudzeń. Śmieszne jest to, że ktoś może tak bardzo nas uszczęśliwić. Jednym słowem, jedną myślą, sobą.
Jestem tutaj. Spoglądam przed siebie, za siebie i widzę totalny chaos. Moje wybory zawsze były dziwne i nie zrozumiałe przez innych. Ale tolerowane przez przyjaciół. To jest ważne, żeby nikt Ci nie mówił jak masz żyć. Jak oddychać. Jak puszczać bąki. Właściwie to lubię stan, w jakim jestem. Lubię być taką, nie żałuję niczego. Pamiętam wszystko.
Próbuję zrozumieć, jakie są zasady tego stanu. Jakie priorytety i humanitarne sposoby bycia. Mogłabym opowiedzieć tą historię w kilku zdaniach. Spróbowalibyście zrozumieć i umieścić mnie na piedestale niższym od piekła. Bo to takie obrzydliwe, bo to takie nie na miejscu. Ale zwyczajnie tak żyję, taka jestem i to nie znaczy, że nie mam serca, że człowiecze odruchy odstawiam na drugi plan. Na to jest określenie psychologiczne i nie bronię się od tego.
Orientacyjnie jestem tutaj. Praktycznie jestem w miejscu. Teoretycznie jestem wszędzie. Geograficznie jestem na biegunie. Językowo jestem w kropce. Moje jestestwo jest całkiem pokorne. Zgadzam się na każdy stan.
Próbuję zrozumieć.
czwartek, 29 maja 2014
Giżycko dzień 1/14
Nie mogę spać. Budzę się. Szukam czegoś. Piję. Siadam. Wkurwiam się. Wybija szósta. Patrzę w sufit jakbym się czegoś najarała. Mrugam, co 30 sekund razem z wydechem. Boli mnie wszystko. Nie mam siły nawet podrapać się po kolanie. Zwyczajnie odpadam od tej materialnej części ziemi. Niech spierdala.
Siódma. Otwieram oczy. Czuję bezsens. Tęsknię. Oczy trochę kopulują.
Po raz milionowy odsłaniam roletę. Zdaję sobie sprawę, że ta pieprzona rutyna mnie wciąga od początku. To czekanie staje się znów bardziej uciążliwe niż normalnie. Za oknem to samo. Ten sam widok, co tydzień temu. Ta sama burda.
Jakby było przyjemnie móc na chwilę wyłączyć myślenie małym kurewskim przyciskiem. Byłabym wdzięczna i poważnie głupio szczęśliwa. Upośledzona umysłowo. Za to bez problemowa. Ja pierdole, co za jazda.
Komar mnie upierdolił w opuszek palca wskazującego. Teraz chcąc czy nie chcąc drogi Tomku - pocieram kciukiem o niego i wydaje mi się, że nie zniosę tego pieprzonego natręctwa. Przy czym chcę zauważyć, że dalej obgryzam skórki i przygryzam policzki. Idiotyczne zachowanie. Próbuję zachować się poważnie, chociażby jak człowiek dorosły, ale to nie wychodzi tak prosto jakby się mogło wydawać.
Spuszczam głowę, bo nie mogę patrzeć ludziom w oczy. Nie mogę ufać nikomu, a wydawałoby się, że ludzie mają jeszcze w sobie odruchy człowieczeństwa.
Nie patrzę w oczy, nie patrz w oczy, nie patrzcie w oczy.
Zaufanie to przecież kwestia dyskusji i zastanawiam się, kiedy straciłam je całkiem. Mogę komuś ufać w kwestii, które nie są nadzwyczaj interesujące. Ale żeby powierzać tajemnice? Nie. Skończyłam z tym. Lepiej trzymać dla siebie cały świat niż prosić kogoś, żeby pomógł Ci go nieść razem z Tobą. Bo kiedy zniknie, Ty będziesz musiał złapać to wszystko w mili sekundę i zapierdalać jak obładowany turysta w sandałach przez Himalaje po zajebistym mrozie.
Tracę ludzi, bo co?
Siódma. Otwieram oczy. Czuję bezsens. Tęsknię. Oczy trochę kopulują.
Po raz milionowy odsłaniam roletę. Zdaję sobie sprawę, że ta pieprzona rutyna mnie wciąga od początku. To czekanie staje się znów bardziej uciążliwe niż normalnie. Za oknem to samo. Ten sam widok, co tydzień temu. Ta sama burda.
Jakby było przyjemnie móc na chwilę wyłączyć myślenie małym kurewskim przyciskiem. Byłabym wdzięczna i poważnie głupio szczęśliwa. Upośledzona umysłowo. Za to bez problemowa. Ja pierdole, co za jazda.
Komar mnie upierdolił w opuszek palca wskazującego. Teraz chcąc czy nie chcąc drogi Tomku - pocieram kciukiem o niego i wydaje mi się, że nie zniosę tego pieprzonego natręctwa. Przy czym chcę zauważyć, że dalej obgryzam skórki i przygryzam policzki. Idiotyczne zachowanie. Próbuję zachować się poważnie, chociażby jak człowiek dorosły, ale to nie wychodzi tak prosto jakby się mogło wydawać.
Spuszczam głowę, bo nie mogę patrzeć ludziom w oczy. Nie mogę ufać nikomu, a wydawałoby się, że ludzie mają jeszcze w sobie odruchy człowieczeństwa.
Nie patrzę w oczy, nie patrz w oczy, nie patrzcie w oczy.
Zaufanie to przecież kwestia dyskusji i zastanawiam się, kiedy straciłam je całkiem. Mogę komuś ufać w kwestii, które nie są nadzwyczaj interesujące. Ale żeby powierzać tajemnice? Nie. Skończyłam z tym. Lepiej trzymać dla siebie cały świat niż prosić kogoś, żeby pomógł Ci go nieść razem z Tobą. Bo kiedy zniknie, Ty będziesz musiał złapać to wszystko w mili sekundę i zapierdalać jak obładowany turysta w sandałach przez Himalaje po zajebistym mrozie.
Tracę ludzi, bo co?
Subskrybuj:
Posty (Atom)