środa, 15 kwietnia 2015

Posłuszeństwo.

Tłumaczę przecież, że nie mam uczuć, że nie będzie tak prosto mnie do siebie przekonać. Żadne zapewnienia tu nie wystarczą. Żadne piękne uśmiechy i słodkie słówka. Mówiłam, ostrzegałam, ale jak zwykle kurwa wpadało uchem, a wypadało chujem.




Teraz to ja mam przepraszać, za brak zaangażowania, brak emocji, brak czegokolwiek. A ja do kurwy nędzy ostrzegałam. Na początku. Z góry powiedziałam, że taka jestem. Ale wszyscy myślą, że są w chuj wyjątkowi i na ich widok od razu mam mokro w majtkach. Wcale nie. Słuchajcie czasem, co się do Was mówi, żeby później nie było nieporozumień. Żebyście nie wmawiali mi, że coś Wam obiecywałam.

Te wszystkie Wasze fochy i wmawianie mi, że robię coś nie tak możecie wsadzić sobie głęboko w dupsko. Nagrajcie to i wrzućcie do internetów, może na redtubie Wasz ból dupy osiągnie apogeum oglądalności.



Miałam przyjaciół przez święta. Krótko i niewystarczająco, ale miałam. Byli. Takie spotkania przypominają mi jak bardzo chciałabym mieć ich ciągle. Mimo mojej aspołeczności są u mnie. Zamknięci w mojej bańce życia. Reszta sio!



 A no i bym zapomniała. Karma odeszła. 

środa, 1 kwietnia 2015

Miałam sen.

Wolę noc od dnia, wolę zachód słońca niż jego wschód. Więc metaforycznie wolę zło niż dobro i wolę, gdy Bóg znika, niż gdy się pojawia. Wierzę w ludzi. Moja choroba to nie próba, ani doświadczanie Boskie. To zwyczajnie mutacja genów i komórek. To nowotwór. Za każdym razem wierzę w zdrowie. Wierzę w moją Panią doktor, która wierzy we mnie. Nie wierzę w Boga, ale mam w sobie mnóstwo pokładów wiary. Wierzę w siebie, w przyjaciół, w rodzinę. To dzięki nim idę dalej.





To, że świat jest popieprzony wiemy już od dawna. Że sprawiedliwości nie ma i równego podziału też. Wiemy to, a mimo wszystko staramy się żyć dobrze, według zasad, jakie powstały przez lata naszej egzystencji. To i budzę się po raz kolejny w szpitalnym łóżku, po następnej operacji, po kolejnej próbie ratowania siebie. Patrzę w okno i nie potrafię zapłakać.
Witam po raz kolejny. Melduje swą obecność. Jeszcze żyję. Walczę i wciąż, jako tako zwyciężam.
Dodano mi kolejną bliznę. Kolejne wspomnienie. Pocięto mnie raz jeszcze, raz jeszcze mnie uratowano. Dziękuję.






No, więc muszę Wam opowiedzieć jak fantastycznie spędziłam ten dzień. Było wino, spacer, zachód słońca, pyszna kolacja i moja druga połówka. Kocham Cię!

Żartowałam, zaraz pewnie wysmarkam jelita do końca i skończę ten wieczór oglądając redtube.

Pamiętajcie tylko, żeby się zabezpieczać, bo później rodzą się dzieci, a dziecko to człowiek, a nie lalka. Zastanówcie się też pięć razy zanim się oświadczycie pod wpływem emocji, bo ludzie się ciągle rozwodzą i wkurwiają innych ludzi swoim 'mam pecha do miłości'.
Jeśli się dla kogoś wysilicie zbytnio, to może to działać na waszą niekorzyść. Jeśli zabraliście swojego faceta na 50 twarzy Greya, to minuta ciszy dla niego... i  w ogóle kurwa dla wszystkich, którzy muszą udawać zainteresowanie.




Szukałam wyjścia, bo zabawa była smutna. Schodząc schodami minęłam dziewczynę ubraną na czarno. Płakała. Mówiła mi, że zgubiła srebrny naszyjnik. Znalazłam go wśród płatków róż porozrzucanych po hotelowym dywanie. Podziękowała.
Wracałam do domu. Tam w trawie kogoś znaleźli, kogoś zakopanego żywcem. Ten ktoś żył. Ludzie płakali. Stała karetka, straż, policja. Popiół w białych miskach. Czarny popiół w kurewsko białych miskach. Wszędzie. Ale ona żyła. Wyciągnęli ją z ziemi. Zjechały się media, więc poszłam.

Byliśmy nad wielkim jeziorem w Niemczech. Piękny drewniany domek. Całkiem ciepło i przyjemnie. Oczekiwałam zachodu, ale przeoczyłam. Pomost był taki śliski, że prawie upadłam. Była mocarna impreza, wszędzie walały się butelki. Nie chciało nam się sprzątać... woleliśmy pójść na plażę.

Jeździłam po asfalcie na rolkach. Był piękny zachód słońca. W koło mnie lasy i polany. Czułam zapach drzew. Musiałam wracać. Czułam ból. Tęsknotę.

Zaplanowałyśmy, że to będzie dziś. Czekałam grzecznie w kolejce. Przyszło kilka kobiet. Mówiłaś, że teraz moja kolej. Wzięłam swoją kartę i weszłam do środka. Podjęłyśmy ważną decyzję.


niedziela, 22 marca 2015

Keep going.

U mnie tyle, że słońca ciut znikają, a niebo na północy osiedla robi się szare. Ludzie wychodzą na balkony i z automatu przyjmują przebijające się promienie życia. Ptaki latają jak opętane i szukają schronienia, nawet pies zwariował i chce, żebym wróciła do środka. Ale nagle robi się cisza i tylko słychać dźwięk przełykanej śliny. Zaczyna się.




Szybki prysznic. Zimna woda oblewa moje zabliźnione ciało. Dziś dzień spełniania celów. Marzeń, które przerodziły się w fakty. Nagroda, za wytrwałość, za walkę, za siłę. Mimo wszystkiego wciąż tu jestem, mimo wszystkiego wciąż idę dalej.




Przy każdej linii próbuję wczuć się w bicie igły. Przypomnieć sobie ból przeszłego roku, jaki jest nieporównywalny z tym małym tutaj. Jest bardzo przyjemnie. Zamykam oczy na chwilę i próbuję być tam. Odczuwam, przenoszę się w czasie. Wracam. Dziękuję.

Keep going.

https://www.youtube.com/watch?v=sZwmo_2DOz0

sobota, 7 marca 2015

Armagedon.

Stoję na przejściu dla pieszych. Strzela mnie kurwica, jak widzę tych wszystkich zjebów, którzy nie znają zasad ruchu dwustronnego. Nic tylko napierdalać i nie patrzeć. Przed siebie wprost na innych, obijać się o nich, ocierać o spocone ciała. Dotykać dłoni, które wsadzali sobie wcześniej w rożne dziwne miejsca. Tak, tak, Ty też to robisz.
Przechodzę na drugą stronę. Jak Matrix prześlizguje się między ludźmi. To taka gra. Nie dotknij - nie zostań dotknięty. Jestem po drugiej stronie, dobrze, że tramwaj nie wjechał mi w dupę.


Warszawa ma to do siebie, że nie potrafię przejść obojętnie obok czegokolwiek. Wszystko nadaje się do głębszego analizowania. Wszystko jest tutaj pierdoloną poezją. No i co do chuja autor miał na myśli?

Podbijam do gabinetu. Zajmuję jedno z wolnych miejsc na przeciw staruszki. Przez okno wpada majestatycznie zapach frytek z maca. Mimo wszystko burczy mi w brzuchu. Czuję stres. Jestem rozjebana na części pierwsze.

Starowinka przysiada się koło mnie. Co do chuja. Milion wolnych miejsc. Ona chce mnie dotknąć. Chcę się o mnie otrzeć, ale ja gram solidnie. Przesuwam się nieco w lewo. Siedzę jednym pośladkiem na krześle. Mam wrażenie, że zaraz wlezie mi na kolana. Ja pierdole.

O! Moja kolej, tak teraz ja? Nie. Jednak nie. Czekam.

Memłam w głowie wszystko, co mam przekazać Magdzie. Prawdę mówiąc nic już z tego nie rozumiem, próbuję przestać przeżuwać myśli. Cisza.

Wracam.

Pół drogi rozmyślam o tym, co mi powiedziałaś. Wspominam, że było całkiem fajnie. Dociera do mnie, co właśnie tracę. Że nie tylko Ty jesteś ważna. Składa się na to milion innych rzeczy, miejsc, uśmiechów. A teraz to wszystko się rozpierdala. Spala się autentycznie. To się dzieje naprawdę.

Nie mam łez. Nie płaczę. Odczuwam ból w sobie, ale niby nie wszystko stracone. Przecież jesteś. Przecież będziesz do końca. Tło zniknie. Zajebiste bohomazy rozpuszczą się w wywarze z finansowej ekspedycji. Bo przecież tu kurwa chodzi tylko i wyłącznie o papierki z ludzkimi chorobami wenerycznymi - przechodzącymi z rąk do rąk.

Uspokajam się żując gumę. Zasypiam myśląc, co teraz?






sobota, 28 lutego 2015

Serce - pompa.

O północy powiedziano mi, że wszystko zajął ogień. Że wszystko płonie kawałek po kawałku, że posuwa się w górę od fundamentów. Płonie dosłownie wszystko. Straż jest już na miejscu. Pracują już od kilku lat. Gaszą większe ogniska. Co z tego jak małe rozprzestrzeniają się momentalnie. Są wycieńczeni, są brudni i niedożywieni. Zmieniają się co kilka miesięcy. Ogień staje się odporny na wodę. O dziwo nic w koło nie płonie. Pożar nie przenosi się na inne działki. 



Zaczęłam się ubierać i dzwonić po przyjaciół, żeby zawieźli mnie na miejsce. Wszyscy spali. To zrozumiałe. Próbowałam złapać stopa, ale bez sensu. Nikt nie jeździł na tej trasie już od dawna. Widziałam z daleka kłęby dymu. Zaczęłam biec.



Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Dobiegłam. Minęłam strażaków i stanęłam w środku. Wreszcie dotarłam do wnętrza siebie. Płonęły twarze i historie poukładane na półkach. Paliła się podłoga i dach. Ogień skakał jak oszalały. 



Zbiegłam do piwnicy, żeby upewnić się czy aby na pewno nikt nie został w środku. Nikt żywy. 





Na środku pustej przestrzeni wisiał kawał mięsa. Wyglądał dobrze. Wydawał się poruszać w jakimś rytmie. Odpychał dwutlenek węgla. Pompował cały ten ogień. Żył. 




Wiedziałam, że nie da ugasić się tego pożaru, więc pozwoliłam strażakom odjechać do domów. Do swych tlących się przestrzeni. Ponieważ każdy z domów jakie mijam co dzień na ulicy - tli się lekkim dymem. Mieszkańcy duszą się w nich. Umierają.

Moje serce płonie.


środa, 18 lutego 2015

Kat.

Czekamy na znak. Na coś, co dam nam pewność. Wierzymy w to, że pojawi się wyczekiwany, że odbuduje nasz świat.
Czekamy na cud. Przecież cuda się zdarzają. Serca ponownie zaczynają bić, nowotwory znikają.
Jesteśmy mściwi, aż poza granice rozsądku. Jesteśmy impulsywni. Źli. Mimo wszystko żałujemy, ale chcemy uczucia sytości, chcemy doświadczyć chwili, gdy nasz kat położy głowę na gilotynie.
Jesteśmy chorzy na umyśle. Trzymamy w głowie swój burdel, który jest nieludzki, bestialski. Zakopujemy się sami w swoim śnie. Pomijamy w budowie ważne części fundamentu. Stoimy na chwiejnej podstawie.




Tracimy ludzi z własnej głupoty. Popełniamy miliony błędów i ranimy świadomie. Jesteśmy potworami swojego życia. Samolubami egzystencji.
Dumni i jednocześnie pokonani idziemy wciąż przed siebie. Chwiejnym krokiem o czwartej nad ranem przemierzamy ulice miasta. Wylewamy łzy do pustej przestrzeni. To dziwne, że nie spotykamy siebie wzajemnie. To dziwne, że mijamy się cały czas.
Potrafimy zepsuć siebie do szpiku kości. Zabić się.
Jesteśmy swoimi Bogami, diabłami, Aniołami i zmorami.







Jestem przywiązana do łańcuchów zwisających z nieba ruin. Nogi mam przybite do sufitu piekła. Wypluwam z siebie resztki żołądka. Nadchodzi on. Mój kat.




czwartek, 5 lutego 2015

Oddycham.

Mam wokół siebie wspaniałych ludzi. Jestem szczęściarą, że mam takich przyjaciół, że są ze mną na dobre i na złe. Jestem ciotką najwspanialszej istoty pod słońcem. Kocham.



Wędruję i poznaję wciąż na nowo. Przeżywam wciąż niesamowitości. Jestem w centrum świata. Mam swoje ogromne centrum uczuć ponadludzkich. Żyję.



Idę do przodu, choć często zatrzymuje się, żeby zrobić zdjęcie. Żeby zapamiętać moment.



Zwiedzam świat w poszukiwaniu siebie.

Sypiam spokojnie.

Kocham.   https://www.youtube.com/watch?v=VZRVou4cyic